03/2019

Tymoteusz Milas

Życiomówcy

„Opowiadałem drzewa, widok nieba, wiadro ze szmatą, które zostawiłem przy piecu, czy zapach pasty do parkietu, który roznosił się po całym budynku. Jak się ten świat opowie, zapisze w książce albo w symfonii, to już nie rozczarowuje”. Nie wiem, ile ma wspólnego bohater opowiadania Olanda mówiący te słowa z Rafałem Wojasińskim, ale niewątpliwie bliska musi być mu ta teoria o kompensacyjnej roli sztuki, skoro jej założenia autor realizuje, przede wszystkim opowiadając historie jednostek wyrzuconych na margines społeczny, pozbawionych złudzeń i nadziei. Trudno nie pisać pozytywnie o zbiorze prozy tego autora, na który składają się tytułowa mikropowieść oraz sześć opowiadań. I wcale nie dlatego, że już dużo wcześniej na skali jego talentu poznał się sam Marek Nowakowski, który w przedmowie do debiutu prozatorskiego Złodziej ryb określił go mianem Dzikiego Pisarza. Opowieści zebrane w Olandzie poruszają problemy metafizyczne, ale zakorzenione są głównie w realizmie. Stawiane przez bohaterów odważne tezy potęgują w czytelniku poczucie niewiedzy. Jeżeli więc literatura ma podawać w wątpliwość kwestie egzystencjalne, skłaniać nas do zadawania pytań o status życia i śmierci, bez patosu i wymyślnych figur stylistycznych, to funkcje te spełnia niewątpliwie pisarstwo Wojasińskiego.

Choć jest to proza rozgadana, paradoksalnie cechuje ją lapidarność. Jakimkolwiek mianem by ją określić – prozą humanistyczną, filozoficzną, egzystencjalną – to nie ma to większego znaczenia, bo każde określenie będzie tylko częściowo trafne. Wystarczy, być może, stwierdzić, że autor skupia się w swoich opowiadaniach na sprawach elementarnych. Wszystkich bohaterów jego prozy łączy silna potrzeba komunikowania się. Komunikacja pełni dla nich funkcję niemal fizjologiczną. Stanowi imperatyw wewnętrzny. Albowiem tylko przemawiając, mogą niejako utrzymać się przy życiu, być w jakiś sposób spełnionymi, zauważonymi ludźmi i potwierdzić swoje istnienie. Dzięki mówieniu mogą wyrzucić z siebie te wszystkie problemy, radości i smutki, które gnieżdżąc się w psychice, powodują samowyniszczenie. Dzielenie się swoimi wspomnieniami, przemyśleniami ma charakter konfesyjny, intymny. Opowiadanie pozwala utrzymać porządek w ich świecie wartości, pozostać na powierzchni rzeczywistości. W pewnym momencie tytułowej opowieści bezimiennego bohatera, której słuchaczem jest Ola, czyli Olanda, właścicielka sklepu, w którym on pracuje, padają zdania: „Mam tylko to, że mówię. Wolno mi tylko mówić. A to mówienie umrze ze mną”. Jest to o tyle istotny passus tego monologu wypowiedzianego, że mówca dokonuje bezlitosnego rozliczenia z samym sobą, ukazuje cel snucia, jak sam to określa, „dyrdymał”, co zresztą wydaje się ironiczne, bo gdyby tak nisko siebie cenił, to by nie próbował tak czarować swoimi wywodami. Poczucie bycia wartościowym i wolnym człowiekiem daje mu mówienie. I dopóki może mówić, dopóty może nadać życiu sens. W tym tkwi początek i kres jego autentycznego istnienia. Jest to bowiem spowiedź, w której próbuje dokonać podsumowania. Czym jest ta decyzja spowodowana, trudno jednoznacznie zinterpretować, zważywszy, że – oprócz powracających problemów ze wzrokiem – nie można doszukać się w narracji znamion końca życia, jakiejś choroby śmiertelnej czy groźby śmierci. Wydaje się, że oprócz popisania się swoim oratorskim talentem przed niespełnionym pragnieniem, uwzniośloną Olandą, chodzi mu o umniejszanie beznadziei swojego losu i akceptację takiego, jakim jest. Mówiąc, staje się coraz bardziej przekonany do samego siebie. A słuchaczka służy mu po to, by – parafrazując tytuł książki Bohumila Hrabala – zagłuszyć zbyt głośną samotność. I choć raz już właściwie umarł, to ten lekko pokiereszowany psychicznie, domorosły filozof wydaje się spełniony, moszcząc się w bańce ochronnej niezwykle sprawnie ułożonej opowieści. Jego życie składa się z trudnych doświadczeń, np. prac fizycznych niegodnych pozazdroszczenia, śmierci rodziców, gdy był dzieckiem, zapewne w oczach społeczeństwa potraktowany byłby jako osoba bez osiągnięć, pozbawiona znaczących dóbr materialnych. Ale czy to go martwi, pogrąża? Raczej nie, skoro w pewnym momencie mówi: „Wiesz dlaczego tak bardzo kocham życie, Olando? I mam taką radość istnienia? Bo nie przemawia do mnie żaden argument, nie przekonuje mnie nicość, bezwzględność i zimno kosmosu, warunki społeczne, brak sensu istnienia duszy i jeszcze to, że nie zostanie ślad po istnieniu ludzkości w kosmosie. Dlatego kocham życie i się nim cieszę”. Czy taka negacja ma sens? Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tak. Zważywszy, że pozwala ona przetrwać, gdy wierzy się w coś lub kogoś i pogodzić się z losem. Czy można nazwać go optymistą? Jeżeli definiować go jako: „[…] miłość do braku sensu”, to z pewnością tak. Na pewno jest twórcą błyskotliwych sentencji, które mu pomagają zrozumieć to, co go spotyka. Zresztą samo to rozbudowane opowiadanie mogłoby posłużyć jako zbiór idei życiowych.

Również w pozostałych, krótszych opowiadaniach Wojasiński daje dojść do głosu bohaterom, o których moglibyśmy nie wiedzieć i trafnie określałby je tytuł piosenki Macieja Maleńczuka – Nikt z Nikąd. Jednakże tragedie życiowe, jakie ich spotykają, powodują, że ich nieciekawa biografia, marna pozycja społeczna i życie na skraju wegetacji, bez rozwiniętych potrzeb materialnych i intelektualnych, nie mają wpływu na naszą ocenę. Wszystkie te postacie zmagają się ze śmiercią bliskich i dalszych osób, dzieci i dorosłych. Czasem jest to fizyczna strata, która wywołuje silne emocje. Czasem chodzi tylko o śmierć symboliczną, wypełnienie pustki po kimś lub zapewnienie sobie towarzystwa, które sprawi, że ich egzystencja nabiera głębszego sensu. Wydaje się, że opowiadanie z regularnością jak w dzienniku czy zwierzanie się ze swoich porażek i sukcesów, zagadywanie obcych pozwala na nowo uwierzyć w życie, nadać mu indywidualne znaczenia, cel, rytm oraz kierunek, w jakim zmierza człowiek. Stąd też moje określenie „życiomówcy”, które sugeruje wzajemną zależność mowy i życia. W ostatnim opowiadaniu Hiacynt, będącym relacją starzejącego się grabarza, mieszkającego na cmentarzu z żoną, z którą kontakt coraz bardziej zanika, padają z jego ust słowa: „Chciałbym tylko jednego: widzieć swój grób, swoją trumnę. Zakopać się sam. I powiedzieć mowę nad dołem, w którym się zasypię. Nikt nie powie tak pięknej mowy jak ja”. Wykonując swoją pracę z pasją, coraz bardziej zagłębia się w nicość. A jedyne, co pozwala mu ją zanegować, to właśnie mowa. Żadna inna czynność nie pozwala mu, tak jak i pozostałym bohaterom opowiadań, na pełniejsze przewartościowanie swojego istnienia, odarcie go z nędzy, monotonii, brzydoty, absurdu i nieszczęść. Na pogodzenie się z niespełnieniem, które staje się spełnieniem. Na pozbawienie się nadziei na lepsze jutro, bo nie ma z perspektywy czasu „lepszego” lub „gorszego”, a dzieje się to, co się miało zdarzyć, i trudno winić się za popełniony błąd, który musiał w jakimś momencie nastąpić.

W swoich opowieściach Wojasiński niejednokrotnie porusza problem istnienia boga i relacji z nim różnych bohaterów. Gdyby liczne refleksje przekazywane były w kaznodziejskiej tonacji, niczym prawdy absolutne, z pewnością byłoby to nie do zaakceptowania, tak jak każda próba manipulacji dla samodzielnie myślącego czytelnika. Ale autor nie próbuje w jakikolwiek sposób ingerować w nasz światopogląd czy też go zmieniać. Jednakże proza ta może wywołać liczne wątpliwości, z którymi warto się zmierzyć. Chyba że potrzeba opowiedzenia okaże się tak silna, że nie będziemy mogli się powstrzymać. Jak bohaterowie Olandy, którzy nie mówią, żeby mówić, tylko mówią, żeby powiedzieć komuś coś ważnego.

Rafał Wojasiński: Olanda.
Wydawnictwo Nisza,
Warszawa 2018, s. 122.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.