01/2021

Andrzej Sulikowski

Ostatni z Szuberów sanockich.
Zamiast nekrologu

Kolebką pisarstwa Janusza Szubera jest bez wątpienia jego rodzinne miasto, Sanok, w którym przyszedł na świat 10 grudnia roku 1947 w rodzinie pochodzenia ziemiańsko-inteligenckiego. Tutaj, w pobliżu zamku królewskiego, nad Sanem – nad rzeką czystą, rwącą i nieobliczalną – rozpoczął wielką przygodę swego życia: poznawanie przyrody górskiej i bezdroży bieszczadzkich, które oglądał zza pleców ojca, prowadzącego po wertepach motocykle, polski WFM, a później węgierską Pannonię. W pustkowiach górskich, skąd niedawno wywieziono Łemków, miejscowych gospodarzy, poznawał bezpańskie wioski rusińskie, opuszczone cerkwie drewniane, a czasem murowane. I jedne, i drugie przeznaczone przez komunistów na zagładę, zresztą z wyraźnym błogosławieństwem Moskwy. Dawnych Rusinów, teraz nazywanych Ukraińcami i nierzadko wrogami Polski, wysiedlano w akcji „Wisła” na Ziemie Zachodnie i Północne albo bliżej – na Ukrainę – całkowicie podporządkowaną Kremlowi. Właśnie w 1947 roku tak brutalnie i właściwie nieodwracalnie „oczyszczono” Bieszczady z górali, ukraińskich autochtonów.

Przyszły poeta wzrastał w środowisku społecznym uformowanym na Ziemi Sanockiej w ciągu kilku wieków. Istniała tutaj żywa jeszcze jagiellońska tradycja Rzeczpospolitej wielu narodów i plemion. Nawet w komunistycznej szkole lat sześćdziesiątych XX wieku ideologia urzędowa nie mogła przesłonić faktów historycznych: od stuleci pojawiały się na Podkarpaciu rozmaite religie, wędrowni kaznodzieje, wytrwali kupcy z Armenii czy żydowscy muzykanci jak w wierszu Szubera Klezmerzy galicyjscy. Ateistów było niewielu, i to raczej przez przypadek. Tak więc marksizm nie znajdował u młodzieży zrozumienia jako ideologia cudza, narzucona Polsce, a nierzadko wdrażana przemocą. W autobiograficznej Mojości (2005) poeta wyznaje: „Mój Sanok rodzinny zaczyna się od lat czterdziestych XIX wieku, kiedy osiedlili się tu prapradziadkowie Klara i Szymon Drewińscy. Na samym początku XX wieku pradziadkowie Lewiccy, trzydzieści lat potem rodzina Szuberów. Każda z inną tradycją i koligacjami”.

Podczas rozmów domowych – przede wszystkim z kobietami – Szuber licealista dowiadywał się o losach i zasługach swoich krewnych po kądzieli. Były to okoliczne rody Drewińskich, Lewickich, Rylskich, Zachariasiewiczów. Matka poety, Ewa z Rogala-Lewickich (1922–1991), dobrze wykształcona, znająca język angielski i kulturę amerykańską, szczególnie film, podkreślała ważność rodzinnej wieloetniczności oraz wielowyznaniowości. Pojawia się w kilku wierszach Szubera, przede wszystkim zaś w Refrenach dzieciństwa. W ustnym apokryfie rodzinnym wzorowanym po trosze na Hannie Malewskiej – zawsze fragmentarycznie – poeta przeplatał rozmaite wątki, niekiedy przez dziesięciolecia równorzędne, a potem zanikające: niemiecki, polski, ruski, ormiański, chorwacki, żydowski… Pod tym względem biografia intelektualna sanockiego twórcy przypomina życiorys artystyczny Zbigniewa Herberta (1924–1998). Autor Pana Cogito, już wówczas poważnie chory, u schyłku swego życia nieoczekiwanie „odkrył”, dowartościował, a nawet zaczął promować twórczość liryczną swego młodszego, sanockiego, jeszcze nieznanego kolegi po fachu.

Janusz Szuber, siedząc w ławce dawnego gimnazjum męskiego im. Królowej Zofii, założonego w 1880 roku, cieszył się, że kontynuuje jako uczeń chwalebną wielonarodową tradycję galicyjską. Znajdował w duchowej przestrzeni Szkoły Podstawowej i Liceum Ogólnokształcącego nr 1 ważne ślady faktów sprzed rządów komunistycznych. Funkcjonalny budynek gimnazjalny, postawiony przez Austriaków, przetrwał obie wojny światowe. W okresie międzywojennym uczyli się tutaj ambitni Ukraińcy, którzy poprzez język i kulturę polską chcieli wejść do historii literatury swego narodu, pozostającego w cieniu Rosji i Polski odrodzonej. Co więcej, wśród nauczycieli Polaków spotykało się także Rusinów, Żydów, Niemców. Sporo motywów ukraińskich znajdziemy w wierszach Szubera, choćby w liryku Bohdan Ihor Antonycz. Kontakty z Kijowem i Lwowem trwały przez ostatnie dwudziestolecie, a wybrane wiersze Szubera przetłumaczył na język ukraiński wybitny pisarz i literaturoznawca Wasyl Machno, wydając w roku 2007 dwujęzyczną książkę liryki Szubera, około czterdziestu wierszy, w pełni dostępną dla czytelnika polskiego i ukraińskiego.

Znamienne dla światopoglądu młodego poety są również pierwiastki kultury zachodniej, przede wszystkim łacińskiej i niemieckiej, przyniesione na Sanocczyznę jeszcze w epoce piastowskiej i trwające nieprzerwanie przez długie stulecia, z pożytkiem dla prawa, handlu, rzemiosła. Po mieczu bowiem rodzina pisarza wywodziła się ze Szwabii. W XV wieku Szuberowie osiedli w pobliskim Haczowie, do którego poeta zapraszał swych gości – także piszącego te słowa – w celu uczczenia niezwykłego, drewnianego kościoła, stanowiącego w skali Europy Środkowej arcydzieło ciesiołki gotyckiej. W ciągu kilku pokoleń rodzina Szuberów spolonizowała się całkowicie do tego stopnia, że niemieckiego uczono się jako języka obcego. Ojciec poety, Zbigniew (1918–1996), zawodowy instruktor-pilot, porucznik Wojska Polskiego, przez całe życie zatrudniony był w krośnieńskim Aeroklubie Podkarpackim, najpierw jako pracownik szeregowy, a potem kierownik tej agendy lotniczej, szkolącej przede wszystkim młodzież. Codziennie dojeżdżał do Krosna z Sanoka.

Dzięki swemu ojcu Szuber mógł zyskać niezwykłą perspektywę poznawczą, trudno dostępną dla przeciętnego mieszkańca PRL. W ubogim kraju satelitarnym Rosji Sowieckiej kosztowny i ekskluzywny sport lotniczy był przywilejem wyłącznie entuzjastów zrzeszonych pod kontrolą państwa. Prywatnych samolotów po prostu nie spotykało się tak powszechnie, jak w wolnym świecie: USA, Francji, Szwajcarii czy Anglii. Zbigniew Szuber mógł jednak zabierać do samolotu swego syna, dzięki czemu przyszły poeta ogarniał wzrokiem – by tak rzec, kulturoznawczym – niezwykłe krajobrazy Podkarpacia, Bieszczadów, a nawet całych Karpat polskich. Na południu horyzont zamykały Tatry, a pod awionetką rozciągała się niezwykła kraina gór, cerkiewek, połonin, pierwotnych łąk i borów. Mocno wyludniona, jak ziemia niczyja.

Krótko po maturze, gdy Janusz Szuber zaczął w okresie warszawskim pisać swe wiersze, te właśnie niezatarte przeżycia poznawcze powróciły jako materiał artystycznej wizji jak w liryku Pelikan na tłoczek, czyli ojciec znowu szybował nade mną. W estetyce rosyjskiej czy niemieckiej zwraca się uwagę, jak ważna dla pisarza okazuje się perspektywa „ponad” przedmiotem przedstawionym czy pomyślanym, a więc dystans oraz szczególne podniesienie ducha (elevatio mentis). Znamy to rozwiązanie narracyjne np. ze znakomitej Czarodziejskiej góry Tomasza Manna, która stoi w rzędzie arcydzieł literackich XX wieku.

Widzimy dzisiaj szczególnie wyraźnie, po odejściu poety do wieczności w dniu Wszystkich Świętych roku 2020 (szpital w Lesku, niedziela, około godziny 6.00 przestaje bić serce schorowanego pacjenta), że każdy odcinek biografii Szubera miał swój sens. Okres młodości w Sanoku, przy ulicy Sienkiewicza, w szkole i nad Sanem, przyniósł doświadczenie mocnego zakorzenienia w tradycji rodzinnej, społecznej, a potem europejskiej. A także inicjacje wędkarskie, utrwalone w autobiograficznym wierszu Lato 1961, czy erotyczne w Pochwale mistrzów Tao lub w Yerba mate. Wewnętrzne zespolenie z ludźmi i krajobrazami dzieciństwa było mocniejsze od wszystkich późniejszych doznań. Do tamtych lat szczęśliwych, jeszcze sprzed choroby, powraca poeta w wierszach czy prozie, uznając Sanok młodości za mikrokosmos życia ludzkiego. Za wystarczający socjologicznie i metafizycznie model egzystencji ludzkiej. Doszedłszy lat męskich, zrozumiał też, że nie musi szukać innych krain, obcych ludzi, ponieważ w samym sobie, w najbliższej okolicy – nazwanej Mojością – poeta znajduje wszystko, co ważne dla człowieczeństwa.

Dzięki powiązaniom rodzinnym drugim centrum kultury i przyjaźni stała się dla Szubera Warszawa. Jako pięciolatek przyjechał z matką po raz pierwszy do stolicy, zatrzymując się w domu cioci, Krystyny Jaroszowej, z domu Lewickiej, sanoczanki, która poślubiła niezwykłego człowieka, podróżnika i pisarza, Stefana Jarosza (1903–1958). W gościnnym domu wujostwa bywał odtąd corocznie, uważając, jako jedynak, swoją kuzynkę Grażynę za siostrę niemal rodzoną. Korzystał z bogatej biblioteki domowej wujostwa, poznawał stopniowo dzieje stolicy dźwigającej się z wojennych zniszczeń. Wiemy z wierszy i felietonów, że adres przy ulicy Filtrowej 69 stał się dla młodego Szubera w jego duchowej biografii stałym punktem odniesienia.

Tutaj poznał mieszkającego po sąsiedzku Jana Parandowskiego i jeszcze jako licealista zaznajomił się z całą niemal jego twórczością, czytając dostępne książki tego autora. Tuż obok mieszkał zresztą znakomity autor powieści historycznych Teodor Parnicki, którego utwory stawiały jednak młodemu czytelnikowi znacznie większy opór intelektualny. Mimo to nie zniechęcał się, notując swe spostrzeżenia i obiekcje. Tak narodziła się skuteczna metoda filologiczna, systematyczna i dogłębna szkoła czytania, którą intuicyjnie wypracował Szuber jeszcze jako licealista. Stopniowo doskonaląc sztukę wnikliwego czytelnictwa, nauczył się od razu reagować na piśmie na cudze słowo. Gromadził potem przez całe życie odręczne notatki, składające się na niezwykłe prywatne archiwum literackie. Jeśli Sanok był wspaniałą, a czasem „gorzką prowincją”, to Warszawa – obok Krakowa – z pewnością zasługiwała na miano „centrum polszczyzny”.

Stefan Jarosz, przedwcześnie zmarły profesor Uniwersytetu Warszawskiego, był autorem wybitnych prac z dziedziny ochrony przyrody i geografii. Uczonym działającym niemal zawsze w terenie, przeciwieństwem badacza gabinetowego. Poznawał w młodości najpierw góry polskie, najbliższe sercu Beskidy, publikując w 1935 roku cenną, do dziś cytowaną monografię Badania geograficzno-leśne w Gorcach. W latach 1927–1938, podczas pobytów studyjnych w USA, zarabiał na życie wykonywaniem piosenek góralskich, które utrwalono przed wojną na płytach. Później znajdowano je nawet w internecie, na stronach sporządzonych przez Polaków z emigracji. Dzięki swej niezwykłej wytrwałości oraz znajomości angielskiego Stefan Jarosz przewędrował cały kontynent północnoamerykański, zatrzymując się na dłużej w Górach Skalistych i na Alasce, zbierając materiały do książki W górach Ameryki Północnej (1967). Ogłosił po wojnie – do dziś interesujące – pionierskie opracowania w duchu ekologicznym: Krajobrazy Polski i ich pierwotne fragmenty (1954) oraz Zarys ochrony przyrody (1955). Jako bohater literacki pojawia się w wierszu Alaska oraz innych utworach.

Okres warszawski zaczął się na dobre po maturze, w roku 1967, gdy Janusz Szuber opuścił na dłużej Sanok, rozpoczynając studia na filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Wtedy zgromadził już sporą teczkę swych wierszy oraz szkiców literackich. Przez najbliższe dwa lata akademickie wyróżniał się wśród studentów dojrzałością myślową oraz darem precyzyjnego wysłowienia. Niektórzy zastanawiali się nawet, co ten błyskotliwy, dojrzały erudyta porabia w gronie polonistycznych żółtodziobów… Takim zapamiętał go kolega z roku, Antoni Libera, syn znanego niegdyś polonisty Zdzisława, wybitny dziś pisarz i tłumacz, profesor romanistyki, wierny, długoletni przyjaciel Janusza Szubera.

Rok 1969 jest bodaj najważniejszy w twórczej biografii poety jako data graniczna. Rozpoczyna się wówczas długoletnia, nieuleczalna choroba reumatyczna, gościec łuszczycowy, rujnująca zdrowie silnego dotąd i wytrwałego młodzieńca. Szuber, mimo swej nadzwyczajnej elastyczności erudycyjnej i sytuacyjnej pozyskanej w ciągu dwóch lat warszawskich, musi przerwać studia i poddać się wieloletniemu reżymowi szpitalnemu. Aby nie upaść całkiem na duchu, czytał na łóżku szpitalnym na przemian Ewangelie oraz wiersze Zbigniewa Herberta. Traci zdolność chodzenia i już do końca życia – przez pół wieku – posługiwać się będzie tylko wózkiem inwalidzkim. Ze względu na osobistą katastrofę zdrowotną postanawia opuścić Warszawę i powrócić do Sanoka, gdzie otaczają go opieką najbliżsi, przede wszystkim bohaterska w tej roli matka.

Nieukończone studia stały się dla poety bodźcem do całożyciowej pracy nad sztuką literacką i kulturą. Przez dwadzieścia pięć lat ukrytej twórczości rękopiśmiennej Szuber przechodzi stopniowo od filologii polskiej, uprawianej dotąd zawodowo, do filozofii poetyckiej oraz do własnych, oryginalnych studiów nad przemianami kultury europejskiej. Początkowo boleśnie przeżywa załamanie swej kariery uniwersyteckiej, czuje się odtrącony i pokrzywdzony przez los, lecz mimo to, a raczej dzięki temu, uczy się w każdej – na pozór trudnej – sytuacji codziennej dostrzegać coś wartościowego. Osiąga w zakresie filozofii życiowej nadzwyczajne wyniki: zyskuje optymizm, szeroki horyzont nadziei, nawet poczucie humoru tam, gdzie inni pacjenci najczęściej załamywali ręce, a niekiedy popełniali samobójstwo, nie aprobując swego dożywotniego kalectwa.

Przykładem niech będzie rozkład dnia, o czym rozmawialiśmy parokrotnie przy okazji mych odwiedzin w Sanoku i zbierania materiałów do książki monograficznej, która ukazała się na północy Polski, w niewielkim nakładzie trzystu egzemplarzy, jeszcze w pierwszej dekadzie XXI stulecia (A. Sulikowski, Epos sanocki Janusza Szubera, Szczecin 2010, s. 316). Otóż zauważyłem prędko, że poeta zaczyna dzień roboczy około godziny szóstej, jakby nie zważając na ogólne swe samopoczucie, zawsze wierny niepisanej regule życia codziennego. Wyjaśnił przy wspólnym śniadaniu, że teraz, w roli pacjenta, potrzebuje na zwykłe ranne zabiegi higieniczne około dwóch godzin. Jako zdrowy młodzieniec wstawał w Sanoku czy Warszawie równie wcześnie, jak obecnie, lecz gotów był do życia studenckiego w ciągu trzydziestu-czterdziestu minut. Łącznie z posiłkiem. Wszędzie w stolicy poruszał się pieszo, ażeby lepiej poznać miasto i przypatrzeć się codziennemu życiu mieszkańców. Przyjmując konieczność czasu zwolnionego, zmieniając w chorobie rytm własnego życia, pozornie nie buntował się przeciw cierpieniu, którym został obdarzony przez Opatrzność.

Po negatywnym przełomie w roku 1969, przykuty niemal do wózka inwalidzkiego, nie poddawał się duchowo aż do ostatnich, najtrudniejszych miesięcy. We snach swoich i w marzeniach poetyckich pozostał sam dla siebie człowiekiem nadal sprawnym motorycznie, a więc chodzącym. Ustalił się w ciągu kilkudziesięciu lat milczenia swoisty etos artysty na kółkach. Myślał o sobie z dumą „a jednak chodzę!”. Znajdziemy takie paradoksalne motywy w tomach lirycznych, w prozie i felietonistyce Szubera. Jako pisarz przemówił drukiem, by tak rzec, dopiero w roku 1994, początkowo na łamach czasopism lokalnych, przede wszystkim „Tygodnika Sanockiego”, a potem – wydawszy aż pięć tomów debiutanckich – stawał się z każdym rokiem autorem coraz chętniej czytanym już nie tylko w Sanoku, Rzeszowie i okolicach, lecz także w Warszawie, dokąd pierwsze woluminy „pięcioksięgu poetyckiego” dotarły za pośrednictwem przyjaciół z lat studenckich (m.in. Antoniego Libery), odwiedzających kolegę w Sanoku.

Powrót z Warszawy do rodzinnego miasta okazał się najtrafniejszym wyborem życiowym, przynosząc owoce w ostatnim ćwierćwieczu, czyli w latach 1995–2020. Przede wszystkim nie zawiodła Szubera zasada żelaznej pracowitości. Mimo nieuchronnych przeszkód zdrowotnych cały czas rozmawiał z ludźmi, poznawał na bieżąco literaturę współczesną, utrwalał w notatkach swoje liczne lektury z filozofii czy antropologii współczesnej. Stawszy się niejako osobą publiczną – znaną już i szanowaną w Polskim świecie literackim – nie zrezygnował z prywatnych, kameralnych spotkań czy bezpośredniej wymiany myśli. Nadal pielęgnował liczne przyjaźnie i znajomości, zawarte w kolejnych dekadach izolacji szpitalnej, a potem domowej.

Symboliczna pozostaje wizyta Jerzego Buzka na Podkarpaciu w roku 1999. Premier znalazł czas i ochotę, ażeby odwiedzić także Janusza Szubera jako czołowego poetę tego regionu. Podobno uczynił to za namową swej oczytanej córki Agaty, która wysoko ceniła pierwsze tomy poetyckie Szubera, składające się na wspomniany wcześniej „pięcioksiąg”.

Wysoka sztuka dialogu z gośćmi nadal rozwijała się w Sanoku. Wśród poetów współczesnych Szuber wydaje się znakomitym rozmówcą, ustępując miejsca – pod względem liczby spotkań – może tylko księdzu Janowi Twardowskiemu, który wszakże osiągnąwszy dziewięćdziesiąty pierwszy rok życia, odszedł do Boga w roku 2006. Zdumiewająco wierna i żywa była u Szubera pamięć osób, sytuacji, cudzych problemów. Zastawiała jego uważność, jakby nie istniało zapominanie o poznanych ludziach. Przypominał pod tym względem księdza Karola Wojtyłę, obdarzonego fenomenalną pamięcią personalną.

Przyjaźń z otoczeniem literackim trwała aż do ostatnich tygodni życia poety. Chętnie rozmawiał też przez telefon, ograniczając z upływem miesięcy niekonieczne wyjazdy. Zauważmy, że debiutował około pięćdziesiątki i w ciągu jednej dekady przekroczył format autora regionalnego. Szybko zyskał rozgłos ogólnopolski, wydając swe książki w najlepszych wydawnictwach i podejmując współpracę z prasą warszawską, przede wszystkim w roli oryginalnego felietonisty. Kilkadziesiąt tekstów z tego zakresu pozostaje do dziś w rozproszeniu, choć mogłyby się pomieścić w zgrabnej książce, prezentującej biografię duchową pisarza, krajobraz jego ojczyzny właściwej. W każdym przypadku jest to jednocześnie wartościowa literacko proza.

W maju 2008 roku odbyła się w Rzeszowie ogólnopolska konferencja naukowa Poeta czułej pamięci. W sześćdziesięciolecie urodzin Janusza Szubera, zorganizowana przez Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego i Stowarzyszenie Literacko-Artystyczne „Fraza”. Trzeba podkreślić, że polonistyka tutejsza nie przeoczyła talentu Szubera, przygotowując konferencję o wielkiej wartości poznawczej. Cennym pokłosiem tego spotkania stała się książka zbiorowa, opublikowana rok później, a stanowiąca rzetelne poznawczo oraz interpretacyjnie kompendium szuberowskie.

Dzięki swej poetyckiej sławie zyskał Janusz Szuber nieoczekiwany ratunek dla siebie samego jako osoby niepełnosprawnej: przeprowadził się wreszcie z ul. Sienkiewicza 8 na Rynek 14/1. Pod pierwszym adresem mieszkał długo, z rodzicami, nie odczuwając początkowo niewygody w czynszowej kamienicy bez windy. Lecz od roku 1970, wróciwszy ze szpitala, musiał korzystać z pomocy dwu silnych mężczyzn przy wnoszeniu i znoszeniu wózka inwalidzkiego. O przyznanie mieszkania na parterze dla poety zabiegali – podpisując apel Jerzego Illga, dyrektora Wydawnictwa Znak, do władz miasta Sanoka – m.in. Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Adam Zagajewski, Julia Hartwig, Katarzyna Herbertowa, ks. Jan Twardowski, ks. Adam Boniecki. Od tej pory autor mieszkał bardzo blisko klasztoru Franciszkanów, gdzie spoczywają jego przodkowie ze strony matki. Mógł przez ostatnie dwadzieścia lat swego życia wyjeżdżać prawie płaskim traktem przez patio do korytarza kamienicy, a stąd na kamienną płytę Rynku. Nie potrzebował przy tym fizycznej pomocy, najwyżej pewnej asekuracji, jak pamiętam z naszych wspólnych wycieczek czy spacerów.

Genius loci miasteczka uwydatnia się także w topografii. Zauważamy to, czytając Mojość, gdzie Szuber wspomina, że w przedkomunistycznym Sanoku istniał i nikomu nie przeszkadzał plac św. Michała, notabene patrona Sanocczyzny i Ukrainy. Nowe rządy powojenne wyrugowały Archanioła z dokumentów urzędowych i życia publicznego, lecz mimo to święty pozostał w sercach obywateli Wolnego Królewskiego Miasta Sanoka. Przenieść się z wysokiego piętra na parter nie było sprawą łatwą w Polsce socjalistycznej. Ale także w zbiedniałej po kryzysach Trzeciej Rzeczpospolitej. Sprawie pomogła nieugięta solidarność pisarzy i duchowe wsparcie także ze strony Krakowa, gdzie Szuber zdobył z czasem wielu zwolenników oraz odczuwalne wsparcie środowiska „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”.

Z naszych wieloletnich rozmów niezbicie wynikało, że poeta bardzo wiele zawdzięczał kobietom. W domu rodzinnym rozmawiał przede wszystkim z matką i babcią, poznając szczegóły genealogii własnej i wielu innych sanoczan. Po przedwczesnym, nieplanowanym powrocie z Warszawy, właśnie matka otoczyła ciężko chorego syna opieką, oddając mu wszystkie siły przez najbliższych dwadzieścia lat. Następnie jej siostra, Krystyna Jaroszowa, stworzyła poecie i siostrzeńcowi normalny, gościnny, zadbany dom – aż do smutnego roku 2014, kiedy i ta dzielna osoba odeszła do wieczności. Po śmierci ciotki pozostała Szuberowi jeszcze kuzynka Grażyna, córka Krystyny i Stefana, która na dobrą sprawę umożliwiła mu debiut literacki w połowie lat dziewięćdziesiątych, fundując wydanie aż pięciu książek poetyckich. Z odległej Norwegii przez wszystkie lata siostra cioteczna utrzymywała kontakt z poetą, wspomagając go finansowo i fizycznie w trudnych okresach załamania zdrowia.

W środowisku sanockim Janusz Szuber znalazł ponadto przyjaźń wielu pań. Dzięki redaktor naczelnej „Tygodnika Sanockiego” Małgorzacie Sienkiewicz-Woskowicz mógł debiutować w tym zasłużonym dla regionu czasopiśmie jako poeta i felietonista. Kilka książek pisarza opracowała graficznie mieszkająca po sąsiedzku plastyczka Barbara Bandurka. Natomiast Anna Strzelecka pomagała Szuberowi przy wydaniu tak ważnej artystycznie i dokumentarnie pozycji o zagadkowym tytule Mojość, ilustrowanej świetnymi zdjęciami oraz akwarelami Władysława Szulca.

Ostatnie ćwierćwiecze przeżył Janusz Szuber bardzo intensywnie. Wziął udział w kilkudziesięciu spotkaniach literackich, także w Krakowie, Warszawie, Rzeszowie czy Przemyślu. Występował przed kamerami jako bohater filmów dokumentalnych poświęconych jego twórczości i osobie. Udzielał wywiadów dla prasy krajowej, a czasem zagranicznej. Założył z przyjaciółmi Korporację Literacką, organizując kilka konferencji i wydając materiały na temat pisarzy związanych z Sanokiem lub z Podkarpaciem: Mariana Pankowskiego, Jerzego Harasymowicza, Mirona Białoszewskiego. Korzystał cały czas z bezcennej pomocy sanockiej Miejskiej Biblioteki Publicznej. Nadal urządzał u siebie w domu kameralne spotkania literackie. Stał się więc ważnym ogniwem miejscowego życia kulturalnego.

A jak wypoczywał? Otóż jego najbliższym azylem okazało się niewielkie przydomowe patio, gdzie mógł cieszyć się roślinami w donicach, karmić ptaki, zażywać kąpieli słonecznych i oddychać czystym powietrzem sanockim. Niekiedy wyjeżdżał wózkiem inwalidzkim przed swą kamienicę, przemieszczając się trochę na wschód, na krawędź urwiska, skąd roztacza się niezwykły widok. Na zamek sanocki, nowe dzielnice miasta w dole, za którymi widać przy dobrej pogodzie łagodne wzgórza bieszczadzkich połonin. Na północy podziwiał rozciągające się lesiste Góry Słone, najbliższe miasta, po których za młodu mógł biegać do woli, nawet nie przypuszczając, że wszystko to rychło stanie się zamkniętym rozdziałem osobistej mitologii.

Na koniec parę słów o niewykorzystanych w pełni talentach Janusza Szubera. Okazał się mistrzem żywego słowa, interpretując własne i cudze utwory poetyckie na scenie – czy to w Sanoku, Krakowie, Rzeszowie, czy nawet w Teatrze Narodowym w Warszawie. Miał nadzwyczajny talent do interpretacji głosowej, ułatwiającej rozumienie jego liryki drukowanej. Jak wiele tu znaczyła wymowa dla poetyki doświadczenia i autoprezentacji! Także w wymiarze psychologicznym. Tylko nieliczne z tych wystąpień zostały nagrane jako wartościowy dokument autorskiej prozodii.

Od roku 2004 Janusz Szuber był zaproszony jako wykładowca do Państwowej Wyższej Szkoły im. Jana Grodka w Sanoku. Omawiając zagadnienia regionalne w literaturze Sanocczyzny XIXXX wieku, okazał się kompetentnym literaturoznawcą. Współpracował także z kadrą profesorską kilku uniwersytetów: Jagiellońskiego, Rzeszowskiego, Szczecińskiego, Śląskiego. U wszystkich znajdował uznanie, życzliwość i przyjaźń. Teraz przejdzie pewnie do historii literatury Trzeciej Rzeczpospolitej jako niezwykły bard Podkarpacia, duchowy potomek Wacława Potockiego i Aleksandra hr. Fredry.

Szczecin Głębokie, 1–9 listopada 2020
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.