01/2021

Michał Trusewicz

Przednówki

VIII
Moja babcia tkwiła w żałobie samotnie, jak pojedyncza jabłoń w pożółkłej trawie. Wystawała pojedynczo z domu, była jak antena, która przestała transmitować najnowsze wiadomości na otwartym kanale. Jej skóra była kruchą papeterią, wystarczył jeden krzyk, by zedrzeć babcię z powierzchni domu. Moja babcia tkwiła w żałobie, której początek przypada na moje narodziny.

I dzieliła się swoją żałobą, a śmierć, o której ona śniła, stawała się coraz bardziej nasza. Częstowała śmiercią, jej zapach unosił się w kuchni, przypominał mi ciasto z jabłkami albo sernik biały jak zwinięte prześcieradło. I tak siedzieliśmy w piątkę, kroiliśmy ciasto, nakładaliśmy sobie sałatek, uważaliśmy na porcelanę i żółty obrus. Słuchaliśmy o tym, że babci śniło się, że z klepiska bucha ogień, który zajmuje stodołę. Cała wieś krzyczała, bydło wpadło w panikę, kotłowało się w ścieżynach, wtykało swe wielkie ciała w drogi przeciwpożarowe, wadziło i tarasowało, zaciskało się potem na ludzkim gardle, wydrapanym od dymu i chemikaliów. Aż w końcu cała wieś zsiniała, udusiła się i zaczadziła w ferworze walki i pożaru. Babcia też. Jej okrągła twarz zamieniła się w glonową bryłę, którą ktoś chowa w akwarium. Gdy opowiadała o swoim śnie, w którym się udusiła, stawała się coraz bardziej czerwona, zlewała się z etykietą od coli, rozlewanej raz po raz do przezroczystych literatek. Babcia zdążyła opowiedzieć sen swojemu zmarłemu mężowi, krótko streściła nam jego reakcję. Mądrze przytakiwał, przypominał księdza w konfesjonale, który rozgrzesza czyjąś śmierć. Dolewał sobie wody, która skapywała prosto na obicie krzesła. Nakładał sernika białego jak groteskowe widmo. Kiwał się, wyskubywał ziemię spod paznokci, prosił o modlitwę, pokazywał jak skrzyżować ręce do trumny. Babcia zbliżyła się, chciała go objąć, lecz swoje ramiona zamknęła na własnych piersiach.

Babcia, która od zawsze była w żałobie, potrząsała swoją pamięcią jak starą jabłonią, z której spadały jabłka tej samej wielkości. Siedzieliśmy tak w piątkę, a ona wysypywała z siebie kolejne imiona i nazwiska. I ci zmarli ludzie przylegali do naszych uszu, słyszeliśmy ich oddech, jakby stali obok w kolejce po chleb lub mleko. Siedzieliśmy tak w szóstkę, siódemkę, ósemkę, potem dziewiątkę, nawet dziesiątkę. Czasem było nas dwanaścioro, gromadziliśmy się po różnych stronach stołu. I te nazwiska przyklejaliśmy do twarzy, które podejrzeliśmy na zdjęciach w szufladzie. Mieszaliśmy je, splataliśmy, krzyżowaliśmy, rozczepialiśmy. Ktoś donosił herbatę i sernik, który miałem ci kiedyś podrzucić do pracy.

Babcia zalegała w domu jak śnieg na podjeździe, ścierała kurze ze stołu, jakby chciała odśnieżyć przestrzeń ze swojej obecności. Jej twarz zlewała się czasem z tapetą. Podstawiała nogi krzesłom. Żółte jabłka układała na parapecie w kuchni, jakby chciała udowodnić sobie, że przeżyła każdy kolejny dzień. Spowiadała się ścianom ze swojej obecności. Co sobotę odkurzała przedpokój, przygotowując się na nową pokutę. W niedzielę częstowała nas śmiercią, w święta dzieliła się opłatkiem, który był zszarzały jak przepocone prześcieradło, które ktoś nakłada na siebie w wigilię Wszystkich Świętych. Życzyła nam śmierci, szczęścia, uśmiechów, zdrowia, zadowolenia i spełnienia takich marzeń, z których spowiadamy się jedynie zmarłym. Babcia piła wódkę delikatnie, jakby przyjmowała noworoczną hostię. Biło mi serce, bo wiem, że zaraz ktoś zerwie prezenty z choinki. Na chodniku sanki, czyjś pies zaszczekał, koty wychodzą z domu i już nigdy do niego nie powrócą. Odjeżdżamy w czwórkę, może trójkę, może dwójkę, być może ja sam nigdzie nie wyszedłem.

Opowiadam babci, która od zawsze była w żałobie, jak śniło mi się, że ktoś włamuje się do sadu, ścina jabłoń, zgniata podeszwami nadgniłe jabłka, samotnie umierające w wysokiej trawie. Ktoś przerabia jabłoń na drewno, które potem sąsiad wrzuca na krajzegę, rozcinając ciszę między podwórkami. Budzi mnie wiadomość o tym, że któryś z chłopców utopił się w jeziorze, może w rzece, być może ja sam nigdzie nie wchodziłem.

XI
Kilka lat temu nasze miasto nawiedziła wiadomość o dzieciokradach. Dzieci znikały, pozostawały po nich tylko otwarte okna i puste poszewki. Znikały córki, znikali synowie. Bloki huczały od siekanego mięsa, na balkonach stały smutne czarne psy.

Ojciec budził się za każdym skrzypieniem tapczanu, budził go najmniejszy szum w grzejniku. Prasując golfy, matka myślała tylko o tym, że pewnego dnia zastanie nieruszaną butelkę po mleku pod drzwiami do mojego pokoju. Zaczęła kłaniać się księżom, lekarzom i policjantom. Oglądała programy o samoobronie, odcinki o śmierci zadanej kuchennym nożem. Przestała dbać o zęby, sczerniały jej całkowicie, przypominały nadpaloną strzechę ze starych zdjęć. Pewnego dnia ojciec obudził się w środku nocy tylko po to, by stwierdzić, że już nigdy więcej nie zaśnie. Moczył bułkę w mleku, podawał śniadanie, gdy mama wyruszała kłaniać się księżom, lekarzom i policjantom. Ojciec przestał chodzić do pracy, zaczął zbierać makulaturę, wycinał najnowsze informacje o znikających dzieciach. Chciał przewidzieć kolejny ruch dzieciokradów, by uratować swojego syna.

Pewnego dnia poszliśmy wszyscy na rezurekcję. Paliły się świece, wielki krzyż rzucał cień na bezsenne twarze ojców i matek. Otworzyły się boczne drzwiczki, pojawił się w nich ksiądz, który rozpoczął ucztę i modlitwę. Nudziłem się, myślałem o tym, jak zasypiam w wannie, woda szybko zabarwia się na czarno.

Po mszy wróciliśmy bezpiecznie do domu, usiadłem pod piecem, myśląc o grzechu pierworodnym. Usłyszałem chrapanie ojca, który zasnął na stojąco. Chciał zalać herbatę. Matka prasowała tiul, patrzyła się w okno, wypaliła czarną dziurę w materiale. Nikt się nie ruszał, czułem tylko oddech starego pieca, który śmiał się do mnie rozpalonymi oczami.

Wypalona dziura powiększała się, nagle wysunęła do mnie swoje czarne macki. Zaczęła buchać pustką, obejmowała mnie sobą. Była kosmosem, któremu ulegałem. Najpierw w otworze zanurzyłem dłonie, czując ciepło i bezsilność. Wiedziałem, że zostałem zredukowany do jednej funkcji: być wchłoniętym. Czarna dziura mnie nadgryzała, syciła się włosami i paznokciami, nie wypluwała niczego. Była pokorna i perwersyjnie pogodna. Wyobrażałem sobie, że kilka metrów głębiej jest jakaś ludzka twarz, która promieniuje uśmiechem. Nie zdążyłem pomachać mamie, bo moje ręce były już po tamtej stronie. Uszami rejestrowałem sen ojca, który bezwiednie tupał obcasami. Pozbawiałem siebie osobistej własności, macki nie przestawały łaskotać, byłem uległy. Czerń mnie naruszyła, wdarła się w krew, pożarła biały kościec mojej cielesnej konstrukcji. Powoli stawałem się już tym otworem, czułem się materialnie przejęty. Traciłem ciągłość, byłem łamliwy jak suchy pęd. Świat tracił krawędzie. Znikałem. Od tego czasu przebijałem się do rzeczywistości jedynie swoją znikomością.

Przez te kilka lat sporo się zmieniło. Rezurekcje zamieniły się w tajne dyskusje rodziców. Ojciec utracił odruch wyobraźni, myślał tylko o tym, by piec nie przestawał być gorący. Matka kupiła prasę drukarską, wypuszczała w podziemny obieg doniesienia o najnowszych kradzieżach dzieci na całym świecie. Sprzedawała je za chleb, owoce, herbatę i węgiel, który od razu był wrzucany w gardziel pieca. Od kilku lat nikt nie spał w mieście, mężczyźni czuwali z dłonią na siekierze, kobiety szyły nowe mundury w piwnicach. Burmistrz ogłosił stan wyjątkowy, nastąpiła powszechna mobilizacja. Sąsiedzi spuszczali psy, by tropiły zaginione dzieci. Jedno z nich podobno skryło się w rozkopanej drodze. Padły pierwsze strzały, nad głowami szumiały wojskowe helikoptery. Dziecko chowało się w hałdach piachu, obserwowało swój rodzinny dom, czekało, zamknęło oczy. Słyszałem to już gdzieś.

W mojej osobistej dynamice interpretacji koloru czarnego można wyróżnić cztery etapy. Pierwszy z nich wiązał się z tym, że nawet na taborecie nie dosięgałem tej najwyższej szafki, z której czarnej głębi matka wyjmowała packę na muchy, które w wieku przedszkolnym zaczęły mi kojarzyć się z nieuchronnym rozkładem przytomności. Drugi etap to opowieść. Matka kładła się ze mną na łóżku, opowiadała mi ciemną bajkę o Czarnej Łapie, która wyłania się z granatowego auta i drapie moje plecy, jakby była ogromną tarką. Bałem się całą noc, przestałem w ogóle spać. Trzeci etap to wyżej opisany przypadek wchłonięcia mnie przez czarną dziurę, co wyłoniła się z nadpalonego materiału na desce do prasowania. Wtedy odkryłem stany nieważkości i znikomości. Czwarty rozdział mojej osobistej dynamiki rozumienia koloru czarnego wiąże się z historią najnowszą. Ostatnio znalazłem pewien interesujący fragment powieści Carlosa Fuentesa: „mogła to być Czarnatwarz, monstrum bez oblicza, zjawa potrzebna w tych domach spokojnych i cienistych (…) to znaczy ja, zawsze uroczysty, uśmiechnięty, gdy babka krzyczała nie uciekaj mi, co ty masz za pomysły, podwieczorek na stole, twój ojciec się gniewa, wyjdź, Mito, nie myśl, że mnie przestraszysz, przyjdzie po ciebie płaczka, straszydło, Czarnatwarz, to epoka dzieciokradów, gdzie jesteś?”. Gdy kończę opowiadać siebie, patrzę w lustro, widzę tylko parujące żelazko i buchający piec. A przecież byli, tam stała, tu stał, stamtąd wyszli, gdzieś musieli wyjść, może kupić jabłka, muszą być w zasięgu mojej pamięci. Wtedy odkryłem nieuchronny czas i surowy przypadek, przez które odmieniałem ich przeszłe imiona, siedząc w czarnym pokoju, nie śpiąc od kilku dni.

XIII
W któryś czwartek chciałem wspiąć się na strych. Przyciągnąłem drewnianą drabinę, pełną odprysków czerwonej farby i czarnej smoły. Wspiąłem się po czterech szczebelkach, drzazgi wbijały mi się w stopy, dziurawiły kapcie i skarpety, przekłuwały skórę. Wdrapałem się na strych. Światło było zapalone, widocznie nikt go nie zgasił.

Znalazłem tam starą lampę, z pomarańczowym abażurem, przypominała mi o pewnym starym zdjęciu, na którym byłem uśmiechnięty. Usiadłem obok kartonu, obklejonego naklejkami importowanych bananów i mandarynek. Leżały tam stare książki, wyniesione z różnych domów i piwnic. Wojciech Żukrowski. Karol Bunsch. Seweryna Szmaglewska. Tadeusz Hołuj. Andrzej Kuśniewicz. Karol May. Stefan Żeromski. Wszystko pachniało zaśniedziałym złotem krzyżów zasługi, zapach drapał w oczy, przecierałem je aż do czerwoności. W kątach leżały stare portrety, widokówki z Krakowa i okolicznościowe złotówki.

Rozbolały mnie nogi, usiadłem na starym materacu obok babci, która najwidoczniej tutaj spała. Zaczęła opowiadać przez sen o tym, że kiedyś planowała wyruszyć aż do Chile, nie wiedząc oczywiście o istnieniu takiego kraju, by tam rozpocząć mecenat nad bukolicznymi pisarzami, portretującymi zdrową brukiew, gdy nic innego nie było do jedzenia, no może oprócz amputowanych rąk i wspomnień, którymi karmiła się półżywa głowa. Przytakiwałem, przejęty aż do bólu. Chciałem dać jej miętówkę, ale bałem się, że ona nagle się obudzi. Kontynuowała. Kiedyś planowała wybudować kościół w polu kukurydzy, gdzie gromadziliby się ci najwierniejsi. Ludzie spaliby w nawach bocznych, budząc się podczas transsubstancjacji. Ktoś uderzy w dzwon, komuś pęknie głowa. Krew się rozleje, nawadniając życiodajne pola i złoża złotych kolb. Przeraziłem się, ale poczułem, że nie potrafię wstać, nie mógłbym tak po prostu uciec. Za często to robiłem. Zbyt często uciekałem, gdy trzeba było karmić. Zbyt często uciekałem, gdy trzeba było podsunąć. Zbyt często uciekałem, gdy trzeba było przesadzić. Zbyt często uciekałem, gdy przyszło nam nachylić się i coś powiedzieć na pożegnanie. Kontynuowała, nie chciała przerwać. We wsi zorganizowano święto. Kobiety tańczyły, mężczyźni pili wódkę, przegryzali mięso i chleby. Ziemia się otwierała, czerwonymi językami lizała fundamenty domów. Ludzie uciekali do lasów, tam żyli przez kilka lat, tworzyli gromady, jedli jagody, wisieli na drzewach, nie wytrzymywali. Gdy niebo się przejaśniło, niektóre kobiety wyszły na ulicę, szły trzy lata na zachód, by gdzieś tam zasiać nowe życie. Zajmowały stare budynki, tam rozkładały koce, śniły o zaginionych dzieciach i zmarłych mężach. Kopały w ziemi, wyrywały pokrzywy, oswajały psy i koty. Rozmawiały i żyły. Patrząc się na śpiącą babcię, też myślałem dużo o życiu i śmierci, a nawet o dziwnym zapachu wydychanego powietrza. Moje płuca pachniały jak nieświeża ryba, były muliste i beztlenowe. Babcia przekręciła się na drugi bok, nie przestając opowiadać. Słuchałem. Jej znajoma remontowała stare mieszkania. Pewnego dnia rutynowo zrywała przemokłą tapetę, jednak zamiast nagiego betonu ujrzała kolorowe freski, ściany przypominały ogromny sztambuch, pokryty kaligrafią nieznajomych nazw, imion i dat. Kobieta przeraziła się, nie wiedziała, że były tam jeszcze inne kultury rodzinne. Wezwała do siebie wychudzoną katechetkę, która kiedyś wykładała germanistykę na podziemnym uniwersytecie. Trzy lata nie wychodziły z mieszkania, starając się studiować ten wyjątkowy zabytek nieznanego języka. Kobiety przywiązały wiadro do liny, by w ten sposób komunikować się ze światem przez ten okres. Miejscowi murarze i geodeci uzupełniali wiadro, które następnie było wciągane przez katechetkę i znajomą babci. Żywiły się warzywami, kaszą, ryżem i wodą, czasem nawet herbatą i ciastkami w lukrze. Po trzech latach wiadro przestało zwisać z okna, co wyraźnie zaniepokoiło przechodniów. Najsilniejszy murarz, brat innego murarza, który podobno w pojedynkę wybudował całą hutę, postanowił wspiąć się na piętro, wyważyć drzwi i sprawdzić sytuację. Gdy wszedł do starego mieszkania, ujrzał dwa ciała kobiet, które już nie żyły. Leżały pod ścianą, głowy miały zapłakane, a ręce złożone jak do trumny. Na ścianie nie było żadnych tajemniczych kaligrafii, prócz kilku prostych napisów w języku niemieckim, które informowały o różnicach we wzroście dwójki chłopców w latach 1923–1929. Babcia ucichła, lecz nadal oddychała, sam już nie pamiętam, czy mnie to choć trochę dziwiło. Zamknąłem oczy.

Obudził mnie ostry kaszel, babcia siedziała na rogu materaca i starała się wykrztusić coś ze swojego gardła. Wciąż spała, miała zamknięte oczy, spluwała za siebie gęstą śliną. Pokazywała na brązowe plamy na swoim ciele. Jej skóra przypominała wilgotny piasek, była jak plaża po deszczu. Upadła na ziemię. Wtedy wróciła do opowiadania, jakby bezpośrednio szepcząc do podłogi, bądź do tych, co mieszkają pod strychem, czyli właściwie do mnie, do siostry, a potem jeszcze niżej, czyli do matki i ojca. Słuchałem. Jej przyjaciel-listonosz był początkującym poetą, wysyłał swoje czterdziestoletnie juwenilia do Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, prosząc o krótkie recenzje, bardzo pomocne na pierwszym etapie rozwoju twórczości. Jego wiersze to nie tylko bukoliki, ale również śmiałe poematy prozą, opowiadające o życiu w lesie, o podróżach, szczęściu i miłości, a także o problemach z alkoholem, błędnikiem utrudniającym życie na poczcie oraz o tym, że ma dwie lewe stopy, co wyraźnie wpływa na jego rozumienie ludzkiej egzystencji. Ale tacy ludzie byli wtedy, poskładani, posklejani, zmontowani, życiorysy wytapetowane, sfabrykowane, przejęte, wywłaszczone. Przyjaciel-listonosz otrzymał odpowiedź od Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, jego twórczość nie spotkała się z redakcyjnym uznaniem, nie zostanie nigdzie opublikowana. Ta wiadomość dobiła mężczyznę, postanowił nie przyjść do pracy, zamknął się w domu, przez kilka lat zajmował się tylko wydrapywaniem dziur w drewnianych ścianach. Przez te czarne otwory wchodził do cudzych mieszkań, porywał dzieci, przywiązywał ojców do pieców, matki do desek do prasowania, przypisywał człowieka do ziemi. Był właściwie niewidzialny, niebezpieczny jak wyciekający gaz, który zasłania oczy. Dzieciom dyktował słowa, które poznał w dzieciństwie, zmuszał je do ich powtarzania, za karę stały w miejscu przez kilka lat, bez jedzenia i picia. Z tego rzeźbił swoją poezję, którą wysyłał do różnych wydawnictw, nawet tych promujących podziemną awangardę albo ariergardę. Każdego poniedziałku wypuszczał jedno dziecko, które od tego czasu zawsze powtarzało nieznane słowa, obce i egzotyczne, kojarzące się z wikliną, której pewnie nigdy nie widziało na własne oczy. Dzieci rozsmakowywały się w brzmieniu nazw, czuły barbarzyńską przyjemność, gdy głoski poruszały językiem. Potem dorastały, żyły czyjąś pamięcią, cudzą przeszłością, w obcych domach, których ściany żyją starymi oddechami różnych rodzin, na nie swojej ziemi, rytej nieznajomą mową w czasie deszczu i suszy. Znałem to, babcia umilkła, od kilku minut starała się przełknąć ślinę, bezskutecznie. Nie chciałem przerywać, choć tak naprawdę wolałem się wreszcie odezwać, mimo że wątpiłem we własność swojego głosu. Wydawało mi się, że jeśli spróbuję coś powiedzieć, to usłyszę obce brzmienie moich ust, zacznę brzmieć mechanicznie albo jak gdyby głos dochodził z sześciu metrów pod wodą. Milczałem więc, choć tak naprawdę wolałem się wreszcie odezwać, pytając się, czemu słyszę akurat ją, a nie ciebie, której nie widziałem od momentu śmiertelnego wypadku i odejścia, od telefonu z twojej pracy, kiedy mówili, że coraz ciebie mniej w tym wszystkim, że chyba wyrzuciłem już śmieci i nawet nie pamiętam, o czym myślałem, gdy siadałem na ławkę, machając samolotom z dziurą na pokładzie. Bałem się, milczałem. Babcia też milczała, ale nie wiem, czy się bała czegokolwiek, nawet samej śmierci, która zastała ją podczas ciągłego pisania na prześcieradle słowa daleko. Za bardzo się oddaliłem od wszystkich, miałaś rację.

Wstaję z materaca, obudził mnie głód, babcia dalej leży, ale chyba już nie oddycha. Nawet nie uśmiecha się na koniec. Odwracam się, już nie chcę patrzeć w tamtą stronę. Chyba minęły trzy dni, przesiedziałem tyle czasu na strychu. Nie słyszałem, by ktoś się tym przejął. Nikt nie wyszedł z domu, nikt nie wołał sąsiadów, nikt nie przeszukiwał rozkopanej drogi, nikt nie spuszczał psów, nie było żadnych wojskowych helikopterów. Nie dymiło, nie paliło się. Nikt nie wystrzelił niczego w powietrze. Zastanawiam się, czy matka zamknęła okno, policzyła do trzech. Może przystanęła, patrząc się na puste łóżko? Może myślała o tym, czy już nie żyje? Może tak wyglądało jej niebo, bez przeciągu, z zasłanym łóżkiem. Zszedłem po drabinie, nikt jej nie przestawił. Stała w tym samym miejscu. Robię sobie obiad, walczę z palnikiem, coś pstryka, budzę psa, który dzielnie pilnował pustego domu pod moją nieobecność przez te trzy dni. Sprzątam stare okruchy, dbam o czystość i porządek. Zamykam okno. Wyprowadzam psa na spacer. Za bardzo się oddaliłem od siebie, miałaś rację. Gdy przechodzę na drugą stronę, pies szczeka na reflektory samochodów, jest niespokojny. Sprzątam plastikowe butelki, macham samolotom, czuję ziemię. Zbiera się na deszcz. Wracamy.

[ciąg dalszy w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.