01/2021

Elżbieta Baniewicz

Zmiany… zmiany… zmiany…

Żyjemy w czasie, gdy wszystko wokół wiruje, przeistacza się, często we własne przeciwieństwo. Zjawisko nie omija teatru, choć wiadomo, że tylko spokój i długie trwanie jest tu gwarancją sukcesu. Ale nikt się chyba tym nie przejmuje, skoro po dwudziestu pięciu latach władze Legnicy postanowiły rozstać się z dyrektorem Jackiem Głąbem, który jak nikt inny rozreklamował tamtejszą scenę. I dobrze służył miejscowej publiczności, aktywizując jej uwagę. Czy nowy, „słuszny” dyrektor powtórzy ten sukces?

Po zmianach w Teatrze Polskim we Wrocławiu i w Teatrze Starym w Krakowie, które rozłożyły obie instytucje na łopatki, można mieć co do tego uzasadnione wątpliwości. W Łodzi też niewesoło, zwolniony został doświadczony (po trzydziestu latach) reżyser, scenograf i dyrektor Teatru im. Stefana Jaracza Waldemar Zawodziński. Pretekstem było zatrudnienie Jana Klaty, którego nazwisko zdaje się działać na władze różnych szczebli jak płachta na byka. Konkurs na nowego dyrektora został rozstrzygnięty przez komisję wojewody na rzecz Michała Chorosińskiego, ale ministerstwo postanowiło powierzyć posadę Marcinowi Hycnarowi, znanemu aktorowi i dyrektorowi teatru w Tarnowie. W łódzkim Teatrze Nowym też trwają spory, a dyrektor od dwóch kadencji Maciej Wojtyszko nie uspokoił sytuacji.

Po rezygnacji Łukasza Gajdzisa do konkursu na stanowisko dyrektora Teatru im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy stanęło dwunastu kandydatów: pięciu reżyserów, trzech aktorów, scenografka, scenograf, kurator i krytyk teatralny, co pokazuje, że może się tu zgłosić każdy, kto szuka stałego zatrudnienia, kompetencje pozostają rozciągliwe. W końcu wygrał Wojciech Stefaniak „Faruga”, a jeden z kandydatów, reżyser Waldemar Raźniak, dostał nominację na szefa Starego Teatru w Krakowie, bez żadnego konkursu. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego finansuje tę instytucję, ergo może robić, co chce, ale dlaczego mianuje dyrektora w połowie sezonu, zaplanowanego przez Radę Artystyczną? W Lublinie Teatr Stary poprowadzi aktor Redbad Klynstra‑Komarnicki, admirator obecnej władzy, o jego dokonaniach dowiemy się, jak w każdym przypadku, za kilka lat. Idea wymiany elit realizowana dziś z zapałem, w teatrach może przynieść więcej złego niż dobrego. Od zawsze mieliśmy brak wykwalifikowanych dyrektorów, jeśli pozbędziemy się z tej puli jeszcze kilku, to chaos w teatrach, i tak spowodowany pandemią, powiększy się.

Naprawdę nie każdy powinien być szefem teatru, zwłaszcza zawodowego i repertuarowego. Do tego, jak mawiał Kazimierz Dejmek, trzeba mieć specjalny klej w rękach. Pisałam o tym wielokrotnie, także za rządów poprzedniej ekipy, gdy mianowano dyrektorów „po uważaniu”, wyrzucając w błoto masę pieniędzy. Dotacja do każdego profesjonalnego teatru wynosi cztery do pięciu milionów złotych, często więcej, a gdy kontrakt jest pięcioletni, łatwo policzyć, że wyrzucamy w błoto tych milionów kilkadziesiąt. Przykładem nominacja Grzegorza Brala z Teatru Kozła na dyrektora warszawskiego Teatru Studio sprzed lat. O fatalnej decyzji wsadzonego na stołek „pana od kultury” w Warszawie Marka Kraszewskiego, „pana od techniki teatralnej”, pisałam dawno.

Spokojnie i rozsądnie jest w kilku miejscach, gdzie dyrektorzy pracują od wielu lat, budują i konsolidują zespół oraz więź z widzami. Dobrym przykładem może być działalność Adama Orzechowskiego w gdańskim Teatrze Wybrzeże, który objął, po pięciu latach szefowania w Bydgoszczy, w 2006 roku. Duża Scena przy Targu Węglowym (budynek zbudowano w 1967 roku) od lata zeszłego roku jest poddawana kompleksowej modernizacji. Do dyspozycji pozostają więc sceny kameralne: w Sopocie przy Monte Cassino, w zabytkowym, acz unowocześnionym na potrzeby teatru budynku przylegającym do Teatru Wybrzeże – nazwane Stara Apteka i Malarnia.

Zespół Teatru Wybrzeże w repertuarze ma aż czterdzieści cztery pozycje, co dowodzi, że kontynuuje najlepsze tradycje czasów Zygmunta Hübnera i Stanisława Hebanowskiego. A także wieloletniego dyrektora generalnego Antoniego Biliczaka, który wzorem Arnolda Szyfmana potrafił sprawnie prowadzić cały kombinat teatralny, zapewniający widzom różnorodność doznań i treści. Oto przykłady, klasyka: Szekspirowskie Jak się wam podoba i Wesołe kumoszki z Winsdoru, Kordian Słowackiego, Fedra Racine’a, ŻabusiaTresowane dusze Zapolskiej, Damy i huzary Fredry, Płatonow Czechowa, Nora Ibsena, Śmierć Iwana Ilicza Tołstoja, Trojanki Eurypidesa. Jest i coś dla dzieci – Przygody Koziołka Matołka Makuszyńskiego i Zaczarowana królewna Oppmana. Sporo pozycji współczesnych obcych: Bella figura Rezy, Raj dla opornych Cowarda, Kto się boi Virginii Woolf Albeego, Little Pony Bezera, Mary Page Marlowe Lettsa, Par paranoje Ludlama, Śmierć komiwojażera Millera, Baba Chanel Kolady, Pan Szuster kupuje ulice Syha; są też utwory polskie: Śmierć białej pończochy Pankowskiego, Broniewski, Ruscy i Emigrantki Paczochy, Inteligenci Modzelewskiego czy Intymne życie Jarosława Kuprynowicz i Kurkowskiego. A także spektakle muzyczne: Karmaniola czyli od sasa do lasa Moniuszki, FadoFatum inspirowane portugalską muzyką i pieśniami. Jest w czym wybierać, jedyny repertuarowy teatr w tak dużej aglomeracji miejskiej powinien zaspokajać różne gusta. Reżyserują: sam dyrektor, często we współpracy z dramaturgiem Radosławem Paczochą, Grzegorz Wiśniewski, Rudolf Zioło, ale pojawiła się też jako reżyser Krystyna Janda. Są młodzi i najmłodsi: Radek Stępień, Kuba Kowalski, Michał Cymerman, Jarosław Tumidajski, Olena Rapczel, Paweł Aigner. Realizatorzy są często nagradzani na festiwalach, choć w spektaklach nie ma reżyserskich fajerwerków. To nowoczesny, profesjonalny teatr środka, z dobrą frekwencją.

Udało mi się obejrzeć ostatnio cztery przedstawienia na małych scenach. Najważniejszym z nich ze względu na rangę i trudność tekstu wydaje się Fedra Jeana Racine’a napisana w 1677 roku. Wskutek dworskich intryg na premierze poniosła klęskę, ale już trzy lata później inaugurowała działalność założonej przez Ludwika XIV szacownej Comédie-Française. Oparta na klasycznych wzorach trzech jedności, ta nowożytna tragedia okazała się arcydziełem poezji i obyczajności. Autor, wychowany w duchu jansenizmu Port Royal, miał świadomość zła tkwiącego w naturze człowieka, która zdaniem Blaise’a Pascala jest „zbiegiem sprzeczności”, a niezależnie od wyznawanej i praktykowanej cnoty może człowiekowi zostać odmówiona łaska Boża.

Przedstawienie rozpoczyna się w ciemnościach, słychać głośne, rozwibrowane dźwięki perkusji. Gdy powoli pojawia się światło, rozpoznać można Hipolita (Jakub Nosiadek) i jego nagi tors. Obok instrumentu stojącego w kręgu podłogi wielki stojak na noże, znak zbrodni. Syn króla Tezeusza, przebywającego na wojnie, zdradza swemu przyjacielowi (Teramenes – Michał Jaros) zamiar wyjazdu z dworu, czuje się bowiem znienawidzony przez macochę. Następnie światło odsłania rudawe, łuszczące się ściany – pałacu? więzienia? W kącie pod horyzontem porzucony tors manekina. Pusto.

Z głębi sceny nadchodzi Fedra (Katarzyna Figura) w towarzystwie nie piastunki Enony jak w oryginale, lecz piastuna Enona (Krzystof Matuszewski), mężczyzny w szarym garniturze i w czarnych sandałach na wysokich obcasach. Wygląda dziwacznie. Zwłaszcza gdy prowadzi królową Trezeny, ledwie poruszającą się w takim samym obuwiu, owiniętą w długą wąską tunikę. Jej czarne okulary „mówią”, że wrota jej duszy pozostają zasłonięte. Sandały na koturnach zapewne mają wywoływać skojarzenia z antycznym teatrem, gdzie grano dzieła Eurypidesa czy Seneki o miłości Fedry do Hipolita. Bohaterowie idą niepewnie, ona cierpienie miłosne ukrywa, zastępuje agresją, złośliwością, żartem, ale ono pęta jej serce i umysł jak sznur pereł dokoła szyi. Królowa zerwie ów sznur, a błyszczące korale rozsypią się po podłodze. Jednak ten gest nie wyzwoli jej z miłosnego, sprawiającego ból, nie radość, uczucia do pasierba.

Z cienia po prawej wyłania się sylwetka młodej, opartej rękami o ścianę kobiety w czarnej, krótkiej sukience i ramonesce. Ismena (Agata Woźnicka) pojawia się w czarnej sukni i takich butach na koturnach z wieszakiem strojów niczym garderobiana. Zdejmuje zgiętej w pół Arycji (Katarzyna Dałek) but, czarną szpilkę, z jednej nogi i stawia ją na plecach bohaterki, naciąga na tę nogę czarną samonośną pończochę, po czym powtarza identyczne czynności z drugą nogą. Odchodzi. Arycja, potomkini rodu zagrażającego królestwu Tezeusza, wyraźnie podkreśla wręcz perwersyjną seksualność, może dlatego okazuje się wybranką Hipolita, choć wydawał się dotąd zainteresowany tylko wojną. W scenie wyznań miłosnych położy jego rękę na swym łonie, jakby go chciała pozbawić dziewictwa. Chwilę później zaśpiewa arię zamrożonego ducha Let me freeze z opery Król Artur Henry’ego Purcella.

Kolejne sceny to długie monologi Fedry coraz bardziej pogrążonej w miłosnym szale i coraz częściej obwiniającej się o grzeszne uczucie. Szukającej daremnie wsparcia u boga Heliosa, jej przodka, wykluczonej pośród ludzi, przed którymi skrywa swą tajemnicę. Zagubionej w plątaninie uczuć targających jej wnętrzem. W tych scenach aktorka ubrana została w czarną sukienkę typu koszulka, co jej raczej nie służy. Tu reżyser Grzegorz Wiśniewski kapkę zaspał. Niestety, minął czas, gdy Modrzejewska w wieku babci grała szekspirowską Julię.

Tu pojawia się mój problem z rolą Katarzyny Figury. Jak każdy aktor wnosi na scenę własny wizerunek, w jej wypadku kojarzy się on z uosobieniem seksu lat dawno minionych. Dlatego trudno było mi uwierzyć w zapewnienia jej Fedry o czystości uczuć, rozumianych przez autora wyjątkowo rygorystycznie. Królowa obwinia się o zdradę i hańbę, a zgrzeszyła wyłącznie w myślach, nigdy nie doszło między nią a ukochanym do żadnego fizycznego kontaktu, nawet muśnięcia ręki. Stąd tę sztukę nazywa się tragedią niespełnień i spojrzeń.

Niemniej planowane samobójstwo, a w scenie z nożami Fedra sugeruje to wyraźnie, wydaje się szantażem, a nie poważnym zamiarem; zwłaszcza że do oskarżenia Hipolita o kazirodczą miłość namówił ją piastun Enon. Aktorka bardziej przekonuje w scenach końcowych, gdy wali z furią rękami w metalowe ściany w szale zazdrości na wieść o miłości Hipolita do innej kobiety. Wtedy Arycja wykonuje piękną wokalizę, niejako dalszy ciąg pieśni zamrożonego ducha, co sugeruje, że jej miłość gorąca nie jest, ale umożliwi zdobycie tronu.

Prawdę przeżyć widać, gdy Fedra miota się w rozpaczy, gdy dowiedziała się o śmierci Hipolita i jak w pijanym widzie ukazuje swe wewnętrze piekło. Ale jej spowiedź, gołej pod flizelinowym płaszczem, z hańby i winy tylko pomyślanej przed Tezeuszem (Marek Tynda), który niespodziewanie żywy wrócił z wojny i wygnał syna oskarżonego o romans z macochą, też brzmi fałszywie. Mimo nowego, dobrze brzmiącego przekładu Antoniego Libery.

Inteligenci Marka Modzelewskiego podobnie jak jego inne sztuki łączą humor z przenikliwym spojrzeniem na życie, jakie jest. Życie zwykłych ludzi, rzecz jasna, bo autorowi nie chodzi o abstrakcyjne idee. Bohaterami jego sztuki są członkowie rodziny z tak zwanej klasy średniej. Anna (Sylwia Góra) jest dziennikarką o dość radykalnych poglądach politycznych i obyczajowych, miała nawet po urodzeniu syna epizod lesbijski, więc trudno się dziwić, że na komunię młodszego syna ubiera się w czarne spodnie i taką narzutkę. Łukasz (Marek Tynda) też jest człowiekiem pióra, ale w wydaniu spokojniejszym. Stara się powściągać emocje żony, zwłaszcza jej niewybredny język. Kiedy sytuacja się komplikuje, siostra Bożena (Monika Chomicka-Szymaniak) traci pracę i trzeba jej pomóc, bo szwagier także ma problemy z utrzymaniem domu, a starszy syn zamierza wdać się w działalność polityczną, wszyscy się przekrzykują i nikt nikogo nie słucha. Każdy wywleka dowody win z przeszłości, swoje niespełnienia i rodzinne piekło gotowe. Można powiedzieć klasyka gatunku – brak porozumienia w rodzinie, zerwane więzi, brak kontaktu. Niby nic szczególnego, ale spektakl ogląda się z zainteresowaniem, bawi, nie nudzi. Odbija też nieco tylko skrzywiony satyrą obraz niejednej współczesnej polskiej rodziny. Zwaśnionej, zagubionej w coraz mniej zrozumiałym świecie, skazanej na bezradność.


Najbardziej podobało mi się przedstawienie Śmierci komiwojażera, nie tylko dlatego, że siedemdziesięcioletnia sztuka Arthura Millera jest wciąż aktualna, bo życie rodzinne zostało zdominowane przez pieniądze. Problem wyzysku istniał zawsze, ale to chciwość silniejszych degraduje wartości. Niszczy więzy rodzinne tych, którzy żyją nie z kapitału, tylko z pracy rąk. Poruszyły mnie przede wszystkim role Mirosława Baki – Willy’ego Lomana i Anny Kociarz – jego żony. On zagrał człowieka absolutnie zagubionego w świecie, w jakim przyszło mu żyć. Chciałby być kimś ważnym, a przynajmniej nadać swemu życiu i pracy sens. Niestety jest tylko maleńką śrubką w całym układzie obwoźnej sprzedaży towarów; nawet gdyby zajeździł swój stary samochód do cna i wypruł z siebie żyły, nikim ważnym nie będzie.

Mirosław Baka w sposób przejmujący pokazuje frustracje faceta, który stracił najlepsze lata i zdrowie tylko po to, by innym przysporzyć majątku. Czepia się najmniejszego gestu, słowa przełożonych, by dodać sobie znaczenia, by przed rodziną nie przyznać się do porażki. Wszystkim przerywa, nie pozwala dokończyć zdania, każdy gest i słowo bliskich go irytuje. Zamiast powściągnąć swoje złe reakcje, ucieka w mitomanię i fantazje, przekonuje siebie i bliskich, że wielka kariera i pieniądze są jeszcze przed nim, że za chwilę odniesie sukces, choć w głębi duszy wie, że przegrał, że nic nie znaczy. Tym brutalniej odreagowuje swe frustracje agresją wobec synów, którzy nie chcą być tak zmieleni przez życie, jak on, ale też nie mają pomysłu na swoje życie. Może dlatego, że ojca najczęściej nie było w domu i nic poza konfabulacjami o swej pozycji nie umiał im przekazać. Aktor z twarzą pełną smutku i postawą wyrażającą zapadnięcie się w sobie dał w roli Willy’ego doskonałe studium bezradności życiowej pokrywanej mitomaństwem. Portret człowieka, który swej porażki nie rozumie; pracował sumiennie, a życie go pokonało. Ostatnią ratę za dom spłacił w dniu swojej śmierci.

Anna Kociarz zagrała Lindę bardzo powściągliwie, zawsze spokojna, opiekuńcza, konkretna. Podaje posiłki, liczy pieniądze na raty za to i tamto, stara się być spolegliwa. Dawno pogodziła się z brakiem pieniędzy i nie ma pretensji do męża, choć widzi jego samozakłamanie, kolejne zmyślenia o sukcesie finansowym i awansie społecznym. Jednak nie ma odwagi powiedzieć mu prawdy. Ochrania synów i siebie przed destrukcyjną siłą jego charakteru i osobowości, co też niczego nie załatwia.

Młody reżyser Radek Stępień pomógł aktorom stworzyć role dające prawdę przeżyć, a tym samym zrobił koherentne i dobre przedstawienie. Nie silił się na efekciarstwo, na aktualność i wygrał. Także dlatego, że posłużył się nowym, dobrze brzmiącym przekładem Anny Bańkowskiej.

Teatr Wybrzeże w Gdańsku, scena Kameralna w Sopocie
– Fedra Jeana Racine’a,

przekład – Antoni Libera,

reżyseria – Grzegorz Wiśniewski,

scenografia i kostiumy – Mirek Kaczmarek,

muzyka – Agnieszka Stulgińska.

Premiera 6 kwietnia 2019.

– Inteligenci Marka Modzelewskiego,

reżyseria – Radosław B. Maciąg,

scenografia i kostiumy – Dominika Nikiel,

kompozycje muzyczne – Katarzyna Krzemińska,

reżyseria świateł i media – Tomasz Schaefer,

ruch sceniczny – Karolina Rentflejsz.

Premiera 16 lutego 2020.

Teatr Wybrzeże, scena Stara Apteka
– Śmierć komiwojażera Arthura Millera,

przekład – Anna Bańkowska,

reżyseria – Radek Stępień,

dramaturgia – Konrad Hetel,

scenografia i kostiumy – Eliza Gałka,

muzyka – Michał Górczyński,

reżyseria świateł i wideo – Natan Berkowicz,

ruch sceniczny – Wioleta Fiuk.

Premiera 2 marca 2019.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.